Za Eleną Ferrante do Neapolu

Kiedy Francesco powiedział znajomym z innej części Włoch, że pochodzi z Ischii, a więc wracając do domu zatrzymuje się w Neapolu, gdzie wsiada na prom, z przerażeniem zapytali, jak to się stało, że jeszcze nigdy nie został porwany – opowiadała neapolitanka Agnese, prowadząc nas wąską uliczką pełną straganów z ruchomymi całorocznymi „stajenkami”. Po przeczytaniu całej serii Eleny Ferrante mogliśmy się spodziewać, że to gangsterskie miasto. A jednak przetrwaliśmy i nawet nas nie okradziono. Zaledwie parę razy oszukano.

 

Polecieliśmy tam bez wyraźnego planu. Neapolitańskie powieści Ferrante nie zrobiły na mnie takiego wrażenia, jak na mojej mamie, która poleciała z nami, jednak przedstawione w nich miasto wydawało się mroczne i fascynujące, na tyle, żeby chcieć je poznać.

Przed wyjazdem przygotowałam listę miejsc istotnych z punktu widzenia czytelnika. Znalazłam też informacje na temat tego, gdzie znajduje się opisywana przez Ferrante dzielnica. Jednak kiedy dotarliśmy na miejsce okazało się, że nie musimy zagłębiać się w określoną część miasta, żeby poczuć atmosferę, jaka panuje u Ferrante.

Wynajęliśmy mieszkanie w dzielnicy Sanitá, która co prawda znajduje się całkiem blisko centrum, ale neapolitańczycy raczej się do niej nie zapuszczają. Widzieliśmy tam nielicznych turystów, włoskich, bardzo rzadko zagranicznych. W nocy było słychać petardy, które, jak się później dowiedzieliśmy, ogłaszały otwarcie sprzedaży narkotyków. Ubrana w czarne skóry młodzież na skuterach wieczorami krążyła między obdrapanymi kamienicami. Na placu przed naszym domem znajdował się pomnik chłopca, który zginął tam trzy lata temu wskutek „agresji i przemocy”. Na drzewie obok (na pieszym placu!) wisiało zdjęcie dziewczynki, którą w tym miejscu zabił kierowca będący pod wpływem kokainy. W dodatku w kościele, który znajdował się koło naszego miejsca pobytu odbywały się dwa pogrzeby dziennie. Czy można mroczniej?

W różnych miejscach Neapolu widzieliśmy przydomowe kapliczki, w różnych stylach i stopniu zaniedbania. Niektóre proste, inne pełne migających światełek i zdjęć bliskich zmarłych, których nie powstydziliby się aktorzy Bollywood. Bardzo wielu zmarłych upamiętnionych na tabliczkach to młode osoby, często też w epitafiach wspominano tragiczne okoliczności ich odejścia.

IMG-20180410-WA0003.jpg
Świecące figury świętych w kapliczkach robiły wrażenie podczas wieczornych spacerów.

Większość ulic, po których chodziliśmy, jest wąska i tłoczna. Wszędzie jeżdżą skutery, których kierowcy rzadko zważają na takie szczegóły jak sygnalizacja świetlna lub piesi. Neapol jest głośny. Warczy silnikami pojazdów i trajkocze głosami mieszkańców, którzy się witają i żegnają, przystają na chwilę żeby poplotkować albo gwałtownie się kłócą. Na szczęście nie byliśmy świadkami takich scen jak ta, gdy Rino spoliczkował mężczyznę, który porównał jego siostrę do Wenus Botticellego (Elena Ferrante, Genialna przyjaciółka). Miejmy nadzieję, że te czasy minęły.

IMG_20180408_201325_916.jpg
Nowe budowane bezpośrednio na starym i wszechobecne skutery.

Jednak nawet jeśli pewne obyczaje zaniknęły, Neapol wydaje się miastem, które nie wypiera historii i wszystko pamięta. Zwłaszcza jego architektura zdaje się o tym świadczyć. Budynki zdają się piętrzyć jedne na drugich – nowe na starym, tak jakby nie przeprowadzano modernizacji, a od razu budowano coś nowego. Piękne, w większości nieodnowione, kamienice sąsiadują z niezgrabnymi blokami i bogato zdobionymi fasadami kościołów. Przy Piazza dei Martiri (gdzie u Ferrante znajdował się słynny butik braci Solara) w witrynach butików, których fasady niedawno odnowiono, prężą się garnitury od Armaniego, a ze znajdującej się obok kamienicy odpada tynk. „Taki właśnie jest Neapol – jak pisała Ferrante w „Genialnej przyjaciółce”: wciąż się go kroi i zszywa, przerabia na okrągło”. Te słowa, które podkreśliłam w książce w czasie przygotowań do wyjazdu, towarzyszyły mi podczas niemal każdego spaceru. Nawet dla osoby obcej, turysty, ich trafność jest bezdyskusyjna.

20180406_182458.jpg
Butik w przecznicy odchodzącej od Piazza dei Martiri wykorzystał w nazwie popularność neapolitańskiej serii.

Neapolitańczycy wydają się chmurni, jakby zatopieni w mrocznych historiach swoich dzielnic. Posługują się językiem neapolitańskim lub włoskim, po angielsku znają co najwyżej kilka słów (z nielicznymi wyjątkami). Jak wszędzie, niektórzy potrafią być szalenie uprzejmi (zwłaszcza ci pracujący z turystami, jak pracownik punktu informacji turystycznej), inni (jak ochrona klasztoru przy kościele Santa Chiara) będą nieuprzejmie po neapolitańsku wołać do opieszałych gości muzeum, zaledwie zbliży się godzina zamknięcia.

Neapol jest taki, jak bohaterowie Eleny Ferrante – bliski i daleki zarazem, intrygujący, ale nie do końca fascynujący. Można z zapałem poznawać jego losy, ale jednocześnie nie całkiem żałować, że się wyjeżdża (a dokładnie takie były moje odczucia po przeczytaniu neapolitańskiej serii – o czym tutaj). To miasto funkcjonuje jednocześnie w wielu wymiarach i epokach. Niełatwo je kochać, ale też trudno nie marzyć o powrocie.

 

Nieco więcej fotografii z podróży do Neapolu umieszczałam na bieżąco na moim profilu na Instagramie.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Za Eleną Ferrante do Neapolu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s