Krew zmrożona lub zagotowana

Zacznijmy od banałów. Młode, obciążone kredytem hipotecznym małżeństwo musi wyjechać z Warszawy, straciwszy źródło dochodu. Mieszkanie wynajmują Portugalczykom z fortepianem, a sami zamieszkują na wyremontowanym strychu w domu ojca głównego bohatera. W niedużej mazurskiej miejscowości. I tu kolejny banał: jak mała miejscowość, to i wszyscy się znają, a do tego są bardziej lub mniej zamieszani w lokalne, brutalne rozgrywki o władzę. Temu wszystkiemu towarzyszy zbrodnia sprzed lat, która zdeterminowała dalsze losy nie tylko głównych bohaterów, ale i całej lokalnej społeczności. No i wątek miłosny, o którym tu tylko wspomnę, bo rozwija się już na sam koniec książki. Banał nad banałami – jak tylko ta bohaterka się pojawiła, można było się domyślić, jak to się potoczy.

I choć to wszystko już gdzieś kiedyś nie raz było, a formalny pomysł na wielu narratorów (poza głównym bohaterem, Mikołajem, narratorami niektórych rozdziałów są też m.in. jego żona, Justyna i poszczególne ofiary zbrodni) też nie jest zbyt oryginalny, całość skonstruowana jest na tyle wprawnie, że nie można się od niej oderwać. Na prostej kanwie Jakub Żulczyk zbudował historię, która na zmianę mrozi krew w żyłach, gdy poznajemy szczegóły zbrodni, ogrzewa ją gdy Justyna i Mikołaj próbują ratować swój związek, albo zagotowuje w scenach bijatyk, awantur i wobec niesprawiedliwości.

Każda z postaci jest dobrze pomyślana i intrygująca. Nie ma tu dobrych i złych charakterów ani wyraźnych podziałów. Działania bohaterów są wypadkową ich wcześniejszych przeżyć i okoliczności, a także ułomności, od której nikt nie jest wolny. Nie istnieją proste rozwiązania, a moralność nie jest czymś łatwym. Niezłomną hierarchię wartości ma tutaj chyba tylko ojciec Mikołaja, Tomasz, co jednak nie czyni go pozytywnym bohaterem – wręcz przeciwnie, bezlitośnie kontrolujący nie tylko swoją rodzinę mężczyzna nie budzi ani cienia sympatii.

„Wzgórze Psów” ma niestety kilka niedociągnięć redakcyjnych, takich jak cytat wiadomości z messengera, który co prawda nie zawiera polskich znaków i ma jedną literówkę, ale przecinki trzymają się tam całkiem nieźle. Kropki i duże litery też są na swoim miejscu, a autorką miałaby być niezbyt rozgarnięta nastolatka lub też ktoś pod nią się podszywający. Nad tym, że ktoś „zamrugał oczyma” i konstrukcją niektórych zdań nie będę się pastwić. Na pociechę dodam, że dialogi brzmią autentycznie, co prowadzi mnie do wniosku, że autor pewnie lepszy jest w pisaniu scenariuszy niż opisów w powieści.

Podoba mi się jednak „puszczanie oka” do czytelników w postaci kilku drobnych szczegółów, takich jak cytat z „Na tropach Smętka” Wańkowicza na początku powieści i nazwa miejscowości, w której toczy się akcja. Zybork od razu skojarzył mi się z Malborkiem, Fromborkiem i tak dalej. Jednak że to niemiecka nazwa Jabłonnej, dowiedziałam się dopiero z rozmowy Michała Nogasia z autorem. I tak jak wobec całej książki, mam też mieszane uczucia co do polecania tego wywiadu, bo choć dowiedziałam się z niego kilku ciekawych szczegółów dotyczących książki, to jej twórcy fa-tal-nie się słucha.

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Krew zmrożona lub zagotowana

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s